Autor Wątek: Dlaczego fotografia bez obróbki nie istnieje?  (Przeczytany 3157 razy)

Offline bombel

  • ________
  • Wiadomości: 6307
Dlaczego fotografia bez obróbki nie istnieje?
« dnia: Kwiecień 11, 2009, 21:16:26 pm »
Tytułem wstępu

Witam

spotkałem  się właśnie z sytuacją, gdy ktoś obwieścił, że robi zdjęcia - mówiąc  skrótowo - za pomocą aparatu, a nie Photoshopa (gimpa, corela, co kto  lubi). Postanowiłem to zdanie skomentować niniejszym krótkim  wystąpieniem.

Podzieliłem go na dwa rozdziały, przy czym  zacząłem chronologicznie od starszej dziedziny (fotografii analogowej),  żeby gładko przejść w następnym do cyfrowej - ale można czytać też  odwrotnie, tylko jeden rozdział, albo 3 razy drugi i tylko raz pierwszy -  pełna dowolność. Podzieliłem go tez dlatego, że przekroczył limit na  ilość słów. Za utrudnienia przepraszam.

Wystąpieniu dałem tytuł, który streszcza sens tego, co chcę powiedzieć:

Fotografia 'bez obróbki' jest terminem pustym; coś takiego w przyrodzie nie występuje.

Fotografia analogowa

Jak  zdajecie sobie sprawę, fotografia analogowa istnieje już ponad 120 lat.  Ominę pionierskie czasy dagerotypii, żelów i żelatyny nakładanych na  szklane płyty, a także aparatów w formatach pół metra na pół... :)  Skoczę od razu do czasów, kiedy furorę w fotografii zaczęła robić błona  małoobrazkowa - czyli do początków lat dwudziestych. To od mniej więcej  1915 Leica robiła aparat, który z czasem sprowadził fotografię jako  dziedzinę twórczości pod strzechy. Aparaty ładowało się kupowanymi w  sklepie tanimi filmami, a po pikniku zanosiło do zakładu  fotograficznego, gdzie magik robił wszystko, co potrzeba.

Czy obróbka była wtedy potrzebna?

Ba,  nie istniało zdjęcie bez obróbki. Już grubo później, w dobie błon  kolorowych samo wyjście do kiosku czy sklepu fotograficznego było  obróbką (jakbyśmy dzisiaj powiedzieli). Wybór ORWO czy Velvii to już nie  tylko obróbka, to prawdziwa obróba! To od razu podjęta decyzja, jakie  będą kolory, kontrasty, jak naświetlać i co robić. Idąc do kiosku,  fotograf dokonywał wstępnej obróbki, mówiąc pani za ladą, że chce film  tyle a tyle DIN (lub ASA), co dzisiaj przyrównalibyśmy do ISO. Kupując  film musiał się od razu zdecydować na odpowiednią WB - co było napisane  na pudełku słownie i za pomocą obrazków. A wybór WB to nie obróbka?

No  dobrze, wybór filmu mamy za sobą, a co się działo po plenerze? Wybór  chemii do wywoływania i filmów i papieru to też była obróbka! A  schłodzenie roztworów - niby nie? Ileż to atramentu wylano na temat  tego, jak temperatura działa na wywołanie filmów. Ileż to było domowych  sposobów na większy kontrast, czy mniejsze ziarno... A 90% tego w  oparciu o temperaturę takiego Rodinalu, czy innego. I ktoś powie, że nie  obrabiano wtedy zdjęć? Wolne żarty.

Przejdźmy do papierów. Z  biegiem czasu okazało się, że czułość papieru też ma ogromne znaczenie.  Zaczęto produkować papiery twarde (nie w sensie, że ciężko je było  zgiąć, tylko dające twardy i kontrastowy obraz), lub miękkie - dające  więcej półcieni i stonowanych walorów. Tych stopni gradacji papierów  fotograficznych było kilka lub więcej. Mając kilka gradacji fotograf  siedząc w ciemni wybierał rodzaj papieru i mając doświadczenie wiedział,  co mu wyjdzie - mniej lub więcej kontrastu i właśnie 'twardości'. To  jak dziś pół photoshopa, z levelsami, krzywymi i kontrastami - tyle  tylko, że wtedy robiło się wszystko stojąc w ciemności i czekając na  wyniki 5 minut (wrócę jeszcze do tego).

I co, ktoś powie, że to  nie była obróbka? A to jeszcze nawet nie początek. Oczywiście mając  określony film (po wyborze - czyli niejako obróbce) o określonej  czułości (to samo), z określonym WB (to samo), wywołany w określonej  chemii (to samo, obróbka) w jakiejś specjalnie dobranej temperaturze  (obróbka) dochodzimy do powiększalnika. A cóż tam jest: żarówka o  określonej mocy z regulowaną wysokością i obiektyw z przysłoną! A  wszystko to bliżej lub dalej od papieru, który się naświetlało!

Myślicie  może, że winiety na dawnych zdjęciach brały się skądś automatycznie? Z  powietrza? Nie rozśmieszajcie mnie... Jeden ruch żarówką w  powiększalniku w dół czy w górę, to było inne oświetlenie pola  naświetlania i albo niwelowanie, albo stwarzanie winiety. Czy myślicie,  że przesłona w obiektywie powiększalnika była dlatego, że ktoś zapomniał  jej usunąć? Długie naświetlanie słabym światłem dawało efekt  astronomicznie odległy od krótkiego naświetlania mocnym światłem... Do  tego krótkie i agresywne, bądź długie i spokojne wywoływanie papieru -  to wszystko była taka obróbka, na którą dziś może sobie pozwolić  wyłącznie wirtuoz phototshopa.

A gdzie tu jeszcze mówić o  papierach multigrade, głowicach kontrastujących, filtrach pod  powiększalnik, maskowaniu pewnych fragmentów dłońmi lub kłębkiem waty  (zapamiętajcie, bo wrócę jeszcze do tego), prostowaniu perspektywy (tak  tak! - prostowało się aż miło, podnosząc krawędź maskownicy wraz z całym  papierem), cudami z mieszaniem chemii (stąd słynna technika cross, o  rodowodzie jak najbardziej analogowym) i setki innych sposobów.

TO  wszystko była (i jest) obróbka. I nie było czegoś takiego, jak jakiś  mityczny wzorzec. Bo co niby miałoby być tym wzorcem: naświetlanie 11  sekund na przysłonie 5,6, żarówką 40 wat, czy odwrotnie: naświetlanie 40  sekund na przysłonie 11, ale żarówką o mocy 100 wat? Takiego wzorca nie  było, to wręcz oczywiste. Każdy fotograf miał taki wzorzec w głowie -  dlatego byli lepsi, gorsi, mniej i bardziej poważani, podobający się  publice i krytykom - jak dziś. Zwykłe podniesienie lub obniżenie  powiększalnika - bliżej lub dalej żarówka, czyli inne naświetlanie,  czyli inne kontrasty, czyli inne kolory, czyli inne zdjęcia po prostu -  to była obróbka, o której już dziś się zapomina po trosze...

Jeśli  ktoś teraz mi powie, że jest na świecie jakieś zdjęcie analogowe (czy  slajd - obojętne) wykonany 'bez obróbki' - pozwólcie, że się tylko  szyderczo zaśmieję.


Fotografia cyfrowa
 
No  tak, mam nadzieję, że przebrnęliście przez poprzedni rozdział. Liczę  też na to, że nie będziecie teraz wciskać kitu, że jest jakaś fotografia  analogowa niby bez obróbki... A jak z cyfrą?
 
Cóż - wypada mi  podzielić ten rozdział na dwa podrozdziały, w zależności od tego, co  wypluje nam aparat. Jeden podrozdział to RAWy, a drugi jpgi (a też i  tiffy czy bmp, jeśli takie aparaty są) w każdym razie pliki, które nie  wymagają wywołania.

 Najpierw RAWy.
 
Czy  istnieją RAWy bez obróbki? Jeśli w ogóle, to w postaci zer i jedynek.  Żeby trawa była trawą, a niebo niebem musi nastąpić proces 'wywołania',  przy czym 'wywołanie' jest terminem dość mało ścisłym, ale za to wiele  mówiącym. Czy dało się oglądać obrazki na filmie, które nie były  wywołane? Być może ktoś miał takie nadprzyrodzone zdolności, ale  technicznie nie. Nie było takiej możliwości, bez wypłukania naświetlonej  żelatyny, czy co to tam było nośnikiem...
 
To samo z RAWami.  Pewnie inżynierowie z Nikona czy innej firmy mają jakieś sposoby na  zobrazowanie RAWa bez wywołania, ale będzie to wyłącznie bardzo daleka  analogia - coś jak obrazek sektorów dysku przy wykonywaniu  defragmentacji. Mówi ile zostało zrobione, ale prawdziwym obrazem dysku  nie jest.
 
Analogicznie RAWy - żeby zobaczyć jakie jest zdjęcie,  należy takiego RAWa wywołać - czyli poddać go wielce skomplikowanej  obróbce, która zanalizuje poszczególne zera i jedynki i przetworzy je  według tak skomplikowanych algorytmów, że programów wywołujących Rawy  jest na świcie raptem kilka. To, że nic przy tym można nie robić (z  sensie takim, że operator nie musi nic robić, może spokojnie dłubać w  nosie, a nawet wyjść na kawę) nie oznacza, że obróbka stoi. Obróbka  idzie pełną parą, i to tak, że mając słabszy komputer może trwać kilka  godzin. Po prostu nie można wywołać żadnego RAWa 'wisząc w powietrzu',  bez żadnych ustawień... Musi ta cała bardzo skomplikowana obróbka  odbywać się według jakichś nastawień, w które szczęśliwie możemy wnikać  (dając jaśniej/ciemniej na przykład). A jeśli nic nei zrobimy, nawet  prostego jaśniej/ciemniej - wtedy program wywołujący wywoła pliki z  ustawieniami defaultowymi - czyli takimi, jakie mu nastawił inżynier,  który ten program pisał.
 
Liczę na zrozumienie tego faktu:  obróbka RAWów, niezbędna do tego, żeby w ogóle zobaczyć zdjęcie na  słabych komputerach zabiera strasznie dużo czasu. Nie sądzicie chyba, że  ta strasznie duża ilość czasu jest na robienie niczego (skoro bez  obróbki, to znaczy że komputer nic nie robi)?
 
Ktoś jeszcze chce na poważnie twierdzić, że istnieją na świcie RAWy 'bez obróbki'? :)
 
A jak to jest z jpgami (czy tifami czy bitmapami) - czyli plikami widocznymi od razu, bez potrzeby wywołania?
 
 
 JPGi
 
No  cóż - tu wkraczamy na śliski grunt, gdzie przyda się myślenie  analityczne. Mówiłem o tym, że RAW, to taki zrzut z matrycy, który  koniecznie musi zostać wywołany. Oczywiście wywołany według albo  nastawień firmowych (czyli widzimisię inżyniera od softu, który ustalił  położenie suwaczków), albo według mojego zdania, bo widzę, co mam na  fotografii, a poza tym to moje foto, a nie autora softu.
 
A jpg?  Czy uważacie, że to jest zrzut z jakiejś innej matrycy, która przy  wyborze jpg w puszce podmienia się w magiczny sposób z tą od RAWów?  Oczywiście to efekt działania tejże samej matrycy - tylko software  aparatu wywołał zdjęcie za nas, od razu, bez naszej wiedzy i udziału.  Lub może z jakimś minimalnym udziałem.
 
Weźcie teraz swoją  puszeczkę, jaką kto ma i poprzeglądajcie menu aparatu... Widzicie tam  może jakiś kontrast do regulacji? Jakieś nasycenie, jakieś wyostrzenie?  Ile tam kroków widzicie na suwaczkach - pewnie ze dwa, trzy, prawda? Jak  sądzicie, co to te wszystkie ustalenia znaczą?
 
Tak, tak - to są  te dane, które między innymi są potrzebne do natychmiastowego po  naciśnięciu migawki 'wywołania' zrzutu z matrycy i zapisania na karcie  pamięci pliku zgodnego ze specyfikacją jpg. Bez obróbki? Ejże...
 
Obróbka,  czy się to komuś podoba, czy nie - idzie dalej pełną parą, tyle że w  aparacie, który zapisuje pliki jpg. Ta obróbka nie jest w niczym mniej  skomplikowana, niż obróbka przy wywoływaniu RAWów na komputerze, tyle  tylko, że możliwości ingerowania w nią mamy mniejsze. Wystarczy porównać  ilość suwaczków w NXie i w puszce, żeby zobaczyć, że inżynierowie  zostawili w puszce mniejsze możliwości manipulacji parametrami, z jakimi  tworzy się plik jpg. I dobrze zresztą, bo jakby dali więcej, na onecie  napisaliby, że lustrzanki Nikona nadają się tylko dla doktorów  informatyki, bo normalny człowiek nic z tego nie wie.
 
Gorzej, że  napisaliby też, że ta większa ilość parametrów, którymi możemy mieszać  'do niczego nie jest potrzebna'. Ubodzy wiedzą... Te parametry nie są  niepotrzebne - one są niezbędne! Tyle tylko, że jakiś miłościwy japoński  inżynierek stwierdził, że nie da ich do możliwości mieszania, bo  profani mu pomieszają i obrazki wyjdą niefajnie...
 
 
Reasumując
 
Fotografia  analogowa 'bez obróbki' nie istnieje, bo wszystko to, co robiło się w  ciemni (a nawet i poza ciemną, jak wybór błon, papierów i chemii w  sklepie) to obróbka. TO chyba jasne dla Was, co?
 
Fotografia  cyfrowa 'bez obróbki' też nie istnieje, bo to, co się widzi na ekraniku w  ułamek sekundki po pstryknięciu, to efekt potężnej obróbki zer i  jedynek zrzuconych z matrycy. Kto chce zobaczyć jak skomplikowana to  obróbka niech otworzy byle jaki program wywołujący RAWy - to nabierze  szacunku. Obojętne, czy aparat zrobi to za nas i bez naszej świadomości  (i wypluje nam jpga), czy zrobimy to świadomie sami w PSie, LR, NXie czy  innym czymś - bez obróbki nie ma dosłownie nic. Zero. Nul.
 
 Dlatego napisałem, że coś takiego jak 'zdjęcie bez obróbki' nie istnieje w przyrodzie. Jasne? :)
 
 
I malutkie posłowie.
 
Dlaczego wolę obrabiać zdjęcia... Jeśli mam RAWa - to oczywiste dlaczego go obrabiam - bo inaczej nie mogę nic zobaczyć. :)
 
A  jeśli dostaję plik jpg, jest to plik wywołany z ustawieniami softu  aparatu. Mam na te ustawienia dość mały wpływ - nasycenie, kontrast,  jasność...  Jednocześnie wiem (bo widzę), że te ustawienia softu aparatu  są dość liche. Są uśrednione, robione przez inżynierów a nie artystów,  mają nie sprawiać kłopotu aparatowi, nie wychylać się i nie trwać za  długo, bo będzie zwiecha. Mają dać piękny obrazek z komunii wnusia, z  plaży i pikniku za miastem - są uśrednione tak, żeby wszędzie pasowały. A  jak coś jest właśnie tak uśrednione, to takie potem wychodzą zdjęcia,  jeśli się je ogląda: uśrednione, liche i nie wyróżniające się niczym  szczególnym...
 
Jednocześnie zaś jakiś bezimienny inżynier  stwierdził, w którym miejscu jest poziom normalny wyostrzenia, jaki jest  normalny poziom nasycenia i kontrastu -  i od tego co on uznał za normalny dał mi dwie kreseczki w dół i w górę. Zauważcie, że to cały czas on - ten bezimienny inżynier ustalił, ile mam do dyspozycji tych kreseczek i jakie długie kroki te stopnie robią.  :-\
 
Słowem  - niby dał mi możność wpływania na obrazek, ale jednocześnie powiedział  mi tak: masz wybór, ale tylko 5 parametrów (ostrość, kontrast i coś  jeszcze), za to tylko odtąd - dotąd. I dalej mówi mi ten inżynier: daję  ci tyle możliwości, żebyś nie kombinował, bo i tak nic nie  wykombinujesz. Ma być od do, bo ja tak mówię - wtedy wychodzą małe  szumy, dprewiev się nie burzy, nikt się nie rzuca, że banding wychodzi i  wszyscy mamy premię.
 
A ja, moi drodzy nie chcę robić zdjęć, jak  mi każe robić bezimienny inżynierek od softu z Japonii. Ja chcę je  robić tak, jak mi każe własna, być może chora, ale za to moja -  wyobraźnia.
 
Jeśli ktoś doszedł aż tutaj, niech sobie  przyzna medal. Pozdrawiam Szanownych Kolegów, całuję rączki Szanownym  Damom. Jeśli ktoś nie zrozumiał - najuprzejmiej proszę o wypchanie się  trocinami! 

Podyskutuj o tym artykule.
Pozdrawiam bombelkowo!